2011|04|05

Miasto Poznań super marką

Miasto Poznań otrzymało nagrodę dla najsilniejszej marki w Polsce, marki konsekwentnie budującej wizerunek otwartej i nowoczesnej metropolii.

2011|03|09

NORDEA METROX 2010 opublikowany!

Instytut IKER przygotował trzeci ranking siły metropolitalnej polskich miast - NORDEA METROX 2010.

2010|02|14

„Zamek Spotkań” - POZNAŃ. GLOBALNY? LOKALNY?

CKP Zamek. Sala Pod Zegarem (II piętro). Spotkanie # 1. w środę, 17 lutego 2010, godz. 19.00. Miasto jako przestrzeń rozwoju, kreatywności, innowacyjności. Poznań w sieci wytwarzania i transmisji wiedzy.

PUBLIKACJE » [Metropolia] Umysłowe rodeo

Marek Bańczyk, Metropolia
Dzisiaj odkryjemy temat, który z tego słynie, że jest odkrywany. Ameryka. Lub – jak nuci pewna pop-jazzowa wokalistka - AmErykah. Już słyszę przez szpaltę karcący ton geografa Achrema. Każe mówić: Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Tam, gdzie zasady proste, a zbiory – owocne. Ale główne pytanie brzmi: w jakim Stany są teraz stanie? Wieść niesie, że – w stanie zapaści. Lecz doświadczenie uczy, że takie ploty często głoszą zazdrośni europejscy fantaści.

Jeżeli miasta są jak ludzie, to obraz miast amerykańskich sam się nasuwa. Nawet jeśli ktoś nigdy nie był w u-es-a. Zresztą, nie trzeba gdzieś być, żeby z przekonaniem o tym mówić i pisać. Wyświechtany indiański przykład przychodzi tu z pomocą – Karol May i jego Winnetou. Wyobrażenie całkowicie zdalne i całkowicie trafne. A co Karol May napisałby obecnie o amerykańskich miastach? To, co współcześni mu rodacy opowiadaliby w poważnym towarzystwie i opiniotwórczych gazetach, takich jak –THE ECONOMIST, który ostatnio obwieścił, że Europa to raj. Byłoby to nieco bardziej wiarygodne, gdyby wykrzyczało to czasopismo amerykańskie albo azjatyckie, a nie – ostoja brytyjskiego spojrzenia na świat. No, ale przecież niektóre rzeczy widać jak na dłoni. W Europie wszyscy się znają na Ameryce i wiedzą, że ona za nami nie nadąża. Po prostu jest zbyt prymitywna. Już samo słowo „sophisticated”, czyli wysublimowany i mądry brzmi tak, jakby nie było stworzone do innego kontekstu niż europejski. Do kontekstu amerykańskiego stworzone są słowa, takie jak: rodeo, kowboj i country. My tu w Europie żyjemy na poziomie, a tam – wiadomo. Koszule flanelowe, krowie gówno i guma do żucia. No i opaśli ojcowie patologicznych rodzin, jak w Natural Born Killers. Oraz naród karmiony McDonald’sem, jak w Super Size Me. Oraz politycy wyspecjalizowani w podstępach i krętactwach, byle tylko nabić kabzę i zrobić coś złego - jak w Farenheit. Albo w ogóle najgorsze siedlisko wszelkiego zła i amoralności, jak w wykładach międzynarodowych Wielkiego Językoznawcy. Co ciekawe, autorami tych wszystkich pamfletów na amerykańskość są Amerykanie. Co jeszcze ciekawsze, ani Olivier Stone, ani Michael Moore, ani – Noam Chomsky z tego straszliwie strasznego w swej straszności kraju nie emigrują. Wolą pozostać w tej degrengoladzie i dalej opisywać Nieuchronny i Właśnie Nadchodzący Upadek. Ewentualnie – mogą zza Atlantyku opiewać Liberalną Europę. Z podobną wiarygodnością George Bernard Shaw wielbił radziecki system społeczny z perspektywy swojego londyńskiego salonu.
PRAWDA MIASTA, PRAWDA EKRANU
Ważniejsze, że nasi europejscy komentatorzy chętnie takie autopamflety podłapują. Wierzą im. A lud nasz oświecony europejski wierzy z kolei jeszcze bardziej oświeconym autorytetom i mediom. I tak: wszyscy wiedzą, że Amerykanie to kowboje, a ich miasta to zachłyśnięte nagłym przypływem zrabowanego Indianom bogactwa – dorobkiewiczowskie osady chwilowo przybrane w szkło i beton. Miasteczka Dzikiego Zachodu, w których wieżowce zastąpiły SALOONY.
W Europie, w tym również w oświeconych kręgach polskiej inteligencji, zwłaszcza – samozwańczej - dobre jest zwłaszcza ostatnio to, co europejskie. Tylko to jest odpowiednio natchnione, wyważone i mądre. Dotyczy to również miast. Tradycyjnie uświęconym w „towarzystwie” jest pogląd, że Ameryka to banda prostaków. Fascynacja USA oznacza wykluczenie z grupy Dysponentów Dobrego Gustu. Elita europejska zresztą do USA podróżuje równie często, co Karl May, ale w końcu – od czego są filmy? Spójrzmy na tę ekipę janskeskich obdartusów i dorobkiewiczów: Nowy Jork to matactwo i bandytyzm na każdym kroku, same gangi, nawet o czwartej rano. Ewentualnie – Seks w Wielkim Mieście. Daleko od wielkiego świata leży Houston, teksańska wiocha, a Teksas to przecież synonim wszelkiego prymitywizmu. Jedyne, co nas tam czeka, to masakra piłą tarczową. Waszyngton jest zawsze za zamkniętymi drzwiami, gdzie podstępni i źli agenci federalni lub prezydenci knują coś złego przeciwko zwykłemu człowiekowi. Z kolei LA to tani blichtr i przylepione uśmiechy słonecznych partoli na plaży. No i morderstwa – a więc – zagadki kryminalne. Seattle to obszarpani grungeowcy i podupadająca fabryka samolotów, przez którą tych biednych ludzi trapi w Seattle bezsenność. Boston to jeden wielki poprawczak dla rozwydrzonych hord uczniów szkół publicznych, ewentualnie rozweselany raz po raz perypetiami Ally McBeal. A reszta tej bandy? Filadelfia – wiadomo. Tam można tylko umrzeć na AIDS albo spotkać dzieci rozmawiające z duchami zamordowanych. W San Francisco są tramwaje, to wszystko. A u nas tramwaje są wszędzie. To może San Diego? Baltimore? A co to jest? O nich nie było filmów. Zresztą, kogo w Europie tacy prowincjusze mogą obchodzić? Zaraz, zaraz – Chicago? No Chicago owszem, ale w końcu – to prawie polskie miasto.
KOWBOJE I DŻENTELMENI
Tak to powoli dochodzimy do jednej z europejskich prawd objawionych: Ameryka to kowboje, Europa – dżentelmeni. Kowboje mają dwie ważne cechy. Umieją dać w mordę, ale do opery to już by nie poszli. A jeśli by poszli – to żeby komuś znowu dać w mordę, bo gatunek kowbojskich estetów do tej pory nie został opisany. Książki taki też nie przeczyta, nie marząc już nawet o napisaniu. Ktoś słyszał o szeryfie naukowcu? Kowboje są dziarscy, ale prości i raczej niegramotni. Gramotność im nawet nie przystoi. Druga cecha kowboja dotyczy wymiaru społecznego. Kowboje go nie posiadają. Kowboje nie współpracują. Co najwyżej – mijają się z domniemanym szacunkiem pod kamiennym spojrzeniem Eastwooda czy innego Wayna. Kowboje walczą samotnie, jak wilki z podgatunku McQaude. Wymiana w środowisku kowbojów to wymiana zimno wypowiadanych wyzwisk, ewentualnie: strzałów z rewolweru. Korzyści obopólne z takiej wymiany są raczej dyskusyjne.
Odwrotnie rzecz ma się z dżentelmenami. Są urodzonymi bywalcami oper i teatrów. Są urodzonymi naukowcami. Ponieważ podchodzą z należytym szacunkiem do siebie samych i wszelkich przejawów świata, najczęściej nie muszą nikomu dawać w mordę. Mają od tego zresztą specjalnych ludzi. Dżentelmeni są wysoce wysublimowani i osadzeni w pewnej tradycji, przywilejach klubów i otoczeniu sreber rodowych. Nie tak, jak kowboje – wiecznie na rozdrożach, wiecznie w siodle. Wreszcie, dżentelmeni zwracają się do siebie uprzejmie, nie prowokują konfliktów, a raczej wymieniają często myśli i poglądy, prowadzą dialogi i wielostronne dyskusje. Współpracują w duchu poszanowania własnej inności.
Co ciekawe, według takich szablonów różnice między Ameryką i Europą lubi widzieć Europa i co głupsi obywatele USA. Co jeszcze ciekawsze, przenośne portrety tak nakreślone można odnieść antropolitalnie do stereotypu amerykańskich i europejskich miast. Porównajmy te promieniste plany Paryża, zbiegi siedmiu ulic w centrum Madrytu i prostackie matryce ulic i przecznic choćby Manhattanu. Brutalną żywiołowość South Central LA z dostojeństwem Rzymu czy Florencji. Porównajmy typowo amerykański indywidualizm, jeśli nie – egotyzm – Nowego Jorku i w ogóle – nieustanną rywalizację między metropoliami USA z harmonijną współpracą ośrodków europejskich od Oslo po Lizbonę w ramach tych czy innych programów finansowanych z tych czy innych funduszy zabieranych wszystkim Europejczykom. Wreszcie, porównajmy poziom Sorbony czy Oxfordu z amerykańskimi koledżami z filmów o nastolatkach. Zgadza się. W jednym jankesi się nie pomylili: oni są z suchego i prostackiego Marsa, a my – z wysublimowanej i zmysłowej Wenus.

Co najciekawsze, to wszystko się zgadza, ale w przestrzeni Karola Maya. Albo w filmach, i to raczej nędznych. W rzeczywistości, zobaczmy jak wygląda naukowo-badawcza hierarchia miast świata, według ich państw:
Państwo Pozycje miast w TOP30 światowego rankingu cytowań naukowych wg Indeksu Filadelfijskiego (SCI) – dane za lata 2003-2004
Niemcy Berlin 16., Monachium 30.
Francja Paryż 5.
Włochy Rzym 23., Mediolan 24.
Hiszpania Madryt 21.
Wielka Brytania Londyn 2., Oxford 26., Glasgow 27., Manch-Liverpool 28., Cambridge 29.
USA San Francisco 3., Nowy Jork 6., Boston 7., Los Angeles 8., Filadelfia 13., Baltimore 14., Chicago 17., Houston 18. San Diego 19., Seattle 25.

C.W. Matthiessen, A.W. Schwarz and S. Find, 'Global Research Centres: Dynamics 1996-2004, Networks 2002-2004. An Analysis Based on Bibliometric Indicators' , 2006

U góry – nasze wyważone dżentelmeńskie przybytki wszelkiej mądrości, na dole – amerykańskie kowbojskie miasteczka z filmowej wyliczanki kilka akapitów wcześniej. Dziwne, co? Kontynentalna wyrafinowana Europa jakimś złośliwym zbiegiem okoliczności przegrywa z tępą Ameryką. Przegrywa na łeb na szyję.
KAŻDY Z KAŻDYM, ZAMIAST RZEPKI
W indywidualistycznych Stanach rzecz ma się inaczej. Wszystkie ważne miasta współpracują z wszystkimi. Każde z każdym. I dlatego wszystkie są jeszcze ważniejsze, niż byłyby w pojedynkę, w parach, triadach lub układach rzepkowo-tuwimowskich. Jest to piękny przykład działania sieci. Wielobok złożony z miast amerykańskich jest poprzecinany wszystkimi możliwymi połączeniami po wszystkich niemal przekątnych. I korzystają z tego wszystkie wierzchołki, czyli wszystkie punkty sieci. Dlatego nie trzeba nikogo na przyczepkę.
Jest to o tyle ważne, że akurat TE dane odzwierciedlają nie tylko pozycje miast w JAKIMŚ TAM rankingu. Ranking cytowań naukowych odzwierciedla jedną z kluczowych kompetencji metropolii we współczesnym znaczeniu, promowanym na tych łamach: metropolii jako producenta nowych rozwiązań, generatora innowacji. Tutaj właśnie możemy na żywo zaobserwować ślad przetwarzania zasobów: pojedyncze pomysły w głowach pojedynczych ludzi pod wpływem dyskusji i wymiany z innymi przekształcają się w mniej lub bardziej dopracowane koncepcje, które można przedstawić w formie publikacji. Jeśli jest to publikacja budząca zainteresowanie innych, nowatorska i wnosząca inny punkt widzenia, niż dotychczasowe, to inni badacze i naukowcy często się do niej odnoszą. Im częściej się odnoszą, tym częściej taka koncepcja jest cytowana, choćby jako punkt odniesienia. Im częściej jest cytowana w uznanych naukowych źródłach, tym więcej punktów ma w bazie Scientific Citation Index prowadzonej przez filadelfijską firmę Thomson Scientific. Baza ta obejmuje cytowania z ok. 6300 pism naukowych najważniejszych w swoich dziedzinach, wzbogaconych również o materiały publikowane przy okazji najważniejszych konferencji i sympozjów. Wyniki są wykorzystywane na rozmaitych międzynarodowych portalach, takich jak Web of Science. Są również podstawą porównań międzynarodowych dotyczących innowacyjności prowadzonych pod egidą OECD (Manual Oslo, Manual Frascati).
BARDZO DOBRY ROZKŁAD IDEI
Wyniki w tabeli pochodzą właśnie z bazy SCI. Pokazują, na którym miejscu na świecie plasują się wybrane miasta pod względem liczby cytowań naukowych publikacji, które w tych miastach powstały. Zgodnie z opisaną powyżej logiką, mówią więc o tym, jak silnym producentem innowacji jest dana metropolia. Mówią o tym, gdzie na świecie powstają nowe rozwiązania naukowe. Baza SCI obejmuje wszystkie dziedziny nauki oraz dziedziny pokrewne, takie jak medycyna czy inżynieria. W odniesieniu do zasobów uznawanych przez nas wielokrotnie za decydujące w przepływach metropolitalnych, czyli: kapitału, ludzi i idei, baza SCI, a co za tym idzie tabela rankingowa, odzwierciedla rozkład najważniejszego: IDEI. Tabela pokazuje, GDZIE proste pomysły przetwarzane są w nowe koncepcje. Pośrednio informuje ona również, w jakich metropoliach ulokowany jest kapitał społeczny w sensie kadry naukowej, co mówi z kolei o zdolności miast do przyciągania naukowców.
Europejskie kontynentalne potęgi naukowe mają po jednym, dwóch miastach w czołowej trzydziestce. Natomiast kowbojska Ameryka ma ich dziesięć. I to – wysoko ulokowanych. W pierwszej dziesiątce są cztery, w drugiej – pięć, i tylko jedno – w trzeciej. Żadne inne państwo na świecie nie może pochwalić się nawet zbliżonym wynikiem, niezależnie do liczby ludności. Generalnie, liczba ludności nie wydaje się mieć większego wpływu na pozycję w pierwszej trzydziestce. Dodajmy (czego w tej postaci tabeli akurat nie widać), że ponadmiliardowe Chiny mają w TOP30 tylko Pekin i Szanghaj, czyli tyle, ile 17-milionowa Holandia i 5-milionowa Dania. Liczy się przepływ, szybkość, zwrotność neuronów, a nie – zasób, liczba, stan, poziom magazynowy. Tym bardziej ciekawe, że miasta amerykańskie, uważane powszechnie za siedlisko komercji i umysłowego lenistwa, okazują się bezkonkurencyjnymi producentami nowych rozwiązań naukowych. Oczywiście, mechanizm wartościowania poprzez liczbę cytowań można podważać, ale rozsądnej alternatywy póki co nie wymyślono. W samej Europie rzuca się w oczy różnica: Kontynent – Wielka Brytania, na korzyść tej drugiej.
ZAPUSZCZONA SIEĆ EUROPY
Wykres nitkowy pokazuje z kolei jeszcze istotniejszą cechę: nie miejsce przetwarzania, ale – punkty i szlaki przepływu idei. Pomiędzy miastami europejskimi, najważniejsze idee, które potem w postaci publikacji są cytowane i notowane w bazie SCI, krążą w określonych strumieniach. Pomiędzy miastami amerykańskimi – krążą we wszystkich kierunkach. W każdym z czołowych miast kowbojskiej ekipy znalazły się projekty naukowe, przy których współpracowano z każdym innym miastem i każda z tych par odniosła znaczący rezultat w ogólnej klasyfikacji cytowań naukowych. Takiego poziomu ani modelu sieciowego współpracy nie notuje się w Europie. Zarodkowy układ sieciowy można odnotować w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. W każdym wypadku odbija się to pozytywnie na pozycji tych państw w hierarchii i pozycji samych metropolii: na 5 brytyjskich miast z TOP30, 4 to składniki sieci, natomiast na 2 miasta niemieckie w TOP30, oba to punkty sieci, podczas gdy pozostałe dwa punkty (Dortmund, Frankfurt) sytuują się tuż poniżej TOP30 miast świata. Nigdzie jednak w Europie nie widać mechanizmu, w którym istnieje grupa miast funkcjonująca de facto jako sieć naukowa. Różne sieci naukowe są proklamowane odpowiednimi przepisami i umowami, ale fruktystycznie (po owocach ich poznacie!) – sieć naukowa funkcjonuje na dobre tylko w USA.
Pozwala to mniemać, że w brew opinii ogólnej samozwańczych europejskich salonów, amerykański indywidualizm nie tylko nie zabija ducha naukowej współpracy, ale być może poprzez pobudzanie zawsze ozdrowieńczego ducha konkurencji, wręcz POMAGA łączyć siły, przynajmniej w dziedzinie publikacji naukowych. Dzieje się tak mimo dziesiątków programów współpracy europejskiej, mimo ramowych programów badań (FP7), mimo setek incentive’ów opłacanych z kieszeni europodatników. Sieciowy układ współpracy powoduje że KAŻDE z miast tworzących sieć w USA ostatecznie korzysta i lokuje się wysoko w rankingu, co oznacza że jest SILNYM producentem nowych idei w skali globalnej. Tak tworzy się potęga amerykańskich metropolii – nie poprzez siłę US ARMY, tylko poprzez siłę SCI. Poprzez neurony, a nie muskuły. Bo neurony produkują myśl i są zorganizowane w sieci, a muskuły produkują ruch i są zorganizowane w wiązki. Tak jak w USA, nie tylko mogłoby być w Europie. Tak POWINNO być w Europie. Jeśli nawet amerykańskie miasta to kowboje, to są to kowboje z profesorskimi tytułami, kowboje którzy mogą się dobrać w dowolne pary i wygrać naukową konkurencję z europejskimi dżentelmenami. Nic ich nie zwala z siodeł i wygląda na to, że w dzieciństwie, zamiast pojedynkować się przez całe wieczory i ranki, uczyli się pilnie ze swej kowbojskiej pierwszej czytanki.
I tak wygląda prawda nie tyle o kowbojach i dżentelmenach, ile o prostactwie i wysublimowaniu. Tak wygląda prawda o prostackich opiniach gremiów uważających się za wysublimowane na temat istotnie wysublimowanych krajów uważanych za prostackie. Powiedzmy to otwarcie i bez zawiści: Europa i USA to zarówno współpraca, jak i – nieodzowna i nieunikniona – konkurencja. Mimo ostatnich potknięć wiadomej ekipy, Europa jest daleka od wygrywania w tej konkurencji. Zaklinanie deszczu na niewiele tu się przyda. Można oczywiście pocieszać się, mówiąc: nawet jeśli oni są szybsi, bardziej zaradni, bardziej zdecydowani, my jesteśmy mądrzejsi. Problem w tym, że nie jesteśmy.

umyslowe_rodeo.pdf

© Design by Besquare | powered by Design`94.pl